pdf @ download @ do ÂściÂągnięcia @ pobieranie @ ebook

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
Christine Rimmer MUSISZ BYĆ DZIELNA

 

 

PROLOG

Nocne niebo nad pustynią w Las Vegas jarzyło się sztucznymi ogniami. Był 4 Lipca, święto narodowe Stanów Zjednoczonych. Dillon McKenna szykował się do skoku motocyklem nad postawionym przed kasynem „Mirage” sztucznym kraterem wulkanu, który co piętnaście minut wybuchał prawdziwym ogniem.

Na ulicy Strip zebrały się tłumy. Wszyscy wiwatowali. To był mistrzowski pokaz. Dillon kilka razy poderwał motocykl do góry, jadąc na jednym kole, potem uniósł się i błyskawicznie opadł na siodełko. Przez moment utrzymywał równowagę jak akrobata na linie, puścił kierownicę, powoli wyprostował się, stanął na siodełku i pokłonił widzom.

Ludzie oszaleli. Wymachiwali miniaturowymi flagami i podrzucali w górę czerwono-biało-niebieskie czapki.

Schylając się ku kierownicy, Dillon cicho zaklął. W ciężkim, twardym kasku i gwiaździstym kombinezonie, zamówionym na tę okazję przez L.W., było mu gorąco jak w piekle. Dillon zamrugał powiekami, bo pot, który zalewał mu twarz, piekł w oczy.

To ostatni skok w życiu. Ta myśl uspokoiła go. Zapragnął skoczyć ten jeden raz, specjalnie dla zgromadzonych tłumów.

Przez ostatnie lata miał grono wiernych widzów.

Zasłużyli sobie na mistrzowski pokaz. Nie wiedzieli, że zamierza zrezygnować. Nikt jeszcze o tym nie wiedział.

Zsunął stopy z siodełka i usiadł, bezbłędnie trafiając stopami na podnóżki. Pomachał ręką widzom. W odpowiedzi ludzie wrzeszczeli, tupali, klaskali i gwizdali jak opętani.

Dojechał do ulicy Flamingo. Teraz musi zawrócić i skierować się ku rampie. Z. małego mikrofonu umieszczonego wewnątrz kasku dobiegł go głos informujący, że sztuczny wulkan wybuchnie za dwie minuty. Rozpędził motocykl, popuszczając sprzęgło tylko na tyle, by jechać z rykiem motoru i piskiem opon. Specjalnie na tę okazję przerobił motocykl. Silnik pracował dobrze, nawet bardzo dobrze.

Tłum ogarnęło wrzenie. Ludzie skandowali: „Dii-lon, Dii-lon, Dii-lon”. Ryczący motor zagłuszał wszystko, więc motocyklista ledwie ich słyszał.

- Jedna minuta - odezwał się głos w słuchawce. -Pięćdziesiąt dziewięć sekund, pięćdziesiąt osiem...

Dodał gazu i puścił sprzęgło. Motor zagłuszył śpiewne skandowanie tłumu. Jechał w kierunku rampy, z której miał skakać. Wybuch już się zaczął - ostry słup ognia wystrzelił w górę.

Wyskoczył z rampy w niebo z szybkością stu dwudziestu kilometrów na godzinę nad strzelającym ogniem. Leciał wyżej i wyżej, oddalając się od ludzi i wulkanu. Uniósł się na podnóżkach, wypatrując rampy do lądowania. Wsłuchany w ryk motoru, skupiony, kurczowo ściskał rączki kierownicy. Dotarł do szczytu i motocykl zaczął opadać prosto w kierunku rampy.

Gdy tylne koło uderzyło o brzeg, odczuł wstrząs całym ciałem. Przez ułamek sekundy myślał, że jeszcze raz mu się udało.

I wtedy wszystko poszło nie tak, jak powinno. Przez głowę przebiegła jedna myśl. Wylądował na rampie za szybko i ze zbyt dużą prędkością. Motocykl zaczął żyć własnym życiem, stał się jego wrogiem. Dillon nie był zabezpieczony, więc wyleciał w powietrze jak z katapulty. Przekoziołkował i dostrzegł, że gdzieś pod nim ogień ze sztucznego wulkanu rozchodzi się na boki, spadając na rampę tuż przed rozpędzonym motocyklem. Człowiek i motor stali się jednolitą, toczącą się po twardej nawierzchni rampy, masą.

Nim stracił przytomność, usłyszał sarkastyczny głos swojego nieżyjącego ojca:

- Zgadza się, ty nic niewart draniu. To twój ostatni skok. Już nie żyjesz...

 

Był w swoim rodzinnym mieście, Red Dog City w Kalifornii. W jesienny wieczór stał na ganku Beaudine’ów. Czuł zapach palonych liści. Miał siedemnaście lat. Wstrętna Cat Beaudine krzyczała na niego.

- Prosiłam cię, Dillonie McKenna, by moja siostra była w domu przed dziewiątą. To chyba niewiele, prawda? Ale nawet tej obietnicy nie dotrzymałeś.

Adora, siostra Cat i jego szkolna miłość, trzymała go za ramię. Chciał jej zaimponować oraz pokazać Cat Beaudine, że jest równie twardy jak ona. Otworzył usta, by powiedzieć Cat, co o niej myśli, lecz nie wydobył z siebie głosu.

Ganek zniknął. Ktoś mówił o oznakach życia. Twarze w chirurgicznych maskach wpatrywały się w niego. Spod masek dobiegały uspokajające zapewnienia, że

wszystko będzie dobrze, że wszystko w porządku, ale w błyszczących oczach czaiło się zaniepokojenie.

Znów stał na ganku Beaudine’ów. Cat podniosła strzelbę ojca i wycelowała prosto w jego serce. Wtedy zrozumiał, że to nie może być prawda. W rzeczywistości Cat nigdy do niego nie strzelała, tylko groziła, że to zrobi. W tym śnie, czy też halucynacji, odzyskał głos.

- Co cię to obchodzi - zapytał Cat - co robi twoja siostra i o której wraca do domu?

- Kogoś to musi obchodzić - odpowiedziała. - Ktoś musi trzymać tę rodzinę w ryzach. Podjęłam się tego dobrowolnie, Dillonie McKenna, i nie zamierzam rezygnować. Jutro Adora idzie do szkoły. Powiedziałeś, że odprowadzisz ją przed dziewiątą.

Patrzył wprost w dwururkę. Z niedowierzaniem przyglądał się, jak Cat odbezpiecza broń i kładzie palec na cynglu.

Z krzykiem uniósł ręce nad głowę.

- Słuchaj, nie możesz mnie zastrzelić tylko dlatego, że wróciliśmy godzinę później!

Cat pociągnęła za spust.

Przeszył go ostry, gorący ból, jakby ktoś zębami odrywał mu kawałki ciała.

Ktoś spytał:

- Gdzie jest anestezjolog? Czekamy tylko na niego... Świadomość wracała powoli. Ból był nieco inny, ciągle szarpał ciało Dillona, ale jakby z odległości. Musieli mu dać silny środek przeciwbólowy. Wiedział, że to ból, jakiego jeszcze nigdy nie doznał, ale jakoś trzymali go na uwięzi, jak psa. A on czuwał, czekał, aż go uwolnią, i wtedy zaatakuje z całą mocą. Dillon obrócił głowę i ostrożnie otworzył oczy. Przy łóżku na metalowym stojaku wisiała podłączona do jego ręki butla. Obok stał jakiś cicho szumiący aparat. W powietrzu unosił się zapach środków dezynfekujących i kwiatów.

Z drugiej części pokoju dochodziły szepczące głosy.

- Mój Boże, L.W, nie mogę tego zrobić.

- Możesz i zrobisz to. McKenna potrzebuje cię.

- Podobno on już nigdy nie będzie chodził. Zostanie na wózku inwalidzkim do końca życia. To okropne, wstrętne, ja nie mogę...

- Na miłość boską, Natalie, weź się w garść. On się chyba budzi.

Zerknął w kierunku, skąd dobiegały głosy. Dwie znane mu twarze nabrały ostrości. Natalie, dziewczyna, z którą miał się ożenić, i L.W, który sprawił, że jego nazwisko stało się sławne. Oboje sztucznie się uśmiechali.

Zrobiło mu się ich żal. Już im się do niczego nie przyda. Ani oni jemu. Nie oszukiwał się. Przeżył wystarczająco wiele wypadków i wiedział, co go czeka. Jakoś przeżył również ten ostatni, ale czekało go piekło i to piekło na ziemi.

Przeszyła go tęsknota, w pewnym sensie bardziej bolesna niż ból fizyczny. Tęsknota za domem, kobietą, która potrafiłaby stawić czoło wyzwaniu. Kobietą wystarczająco silną, by być przy nim przez ciężkie miesiące cierpień i nadludzkiego wysiłku, który go czeka.

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZYOsiemnaście miesięcy później

 

Cat Beaudine stała w drzwiach sypialni swojej siostry. Jednym rzutem oka ogarnęła cały pokój. Na toaletce cicho grał mały telewizor. Właśnie pokazywano wieczorne wiadomości. Po całym pokoju porozrzucano setki zmiętych chusteczek higienicznych. Na środku łóżka leżała Adora, siostra Cat, zanosząc się od płaczu.

Farley Underwood, ostatni ukochany Adory, porzucił ją. Adora, oczywiście, wezwała Cat na pomoc.

Powoli, jakby to bolało, Adora uniosła głowę. Jęknęła i przysiadła na piętach. Zmierzwione brązowe włosy otaczały lokami jej śliczną, zaczerwienioną teraz twarz i opadały na jedwabną bieliznę.

- Och, Cat!

Cat podeszła do łóżka.

Adora sięgnęła po chusteczkę i otarła łzy.

- Dziękuję ci, że przyszłaś. Zawsze przychodziłaś, przez całe lata. Jesteś najlepszą siostrą na świecie. Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła. - Adora łkając wyciągnęła ręce ku Cat.

Cat przysiadła na brzegu łóżka. Poczuła silny zapach perfum. Adora płakała z twarzą wtuloną w zimową kurtkę Cat.

- Przykro mi, że sprawiam tyle kłopotu, ale komuś muszę się zwierzyć. Rozumiesz?

Cat skinęła głową ze zrozumieniem. Adora jęczała dalej.

- Dlaczego ja? Czemu wszyscy faceci mnie rzucają? Chcę przecież tego samego, co mają moje młodsze siostry. Dobrego męża, rodziny, kogoś, kto by o mnie się troszczył i kim ja mogłabym się opiekować. Czy to tak dużo? A może nie powinnam mieć nadziei? - Znów zaczęła płakać.

- Oczywiście, że powinnaś.

- Oczywiście, że powinnam! - Adora powtórzyła słowa siostry. - Mam trzydzieści cztery lata. Jak długo jeszcze mam czekać? Nie umiem, tak jak ty, być szczęśliwą, łażąc po lesie w roboczych butach i starych dżinsach, bez mężczyzny u boku. Nie chcę żyć na pustkowiu, w rozwalającej się chałupie. Jestem tylko kobietą. Zwykłą kobietą. Chcę domu z ładnymi firankami i dziećmi.

Wybuchnęła płaczem. Cat usiłowała ją pocieszyć. W końcu Adora się uspokoiła. Wtedy Cat objęła ją i zaczęła mówić.

- On na ciebie nie zasługiwał. Wkrótce pojawi się ktoś wspaniały, zobaczysz.

Adora płakała, wtulona w ramiona starszej siostry.

- Naprawdę myślisz, że znajdę właściwego człowieka?

- Oczywiście, że tak. Obiecuję ci. To tylko kwestia... - Cat przerwała, gdyż Adora przestała słuchać. Gapiła się w ekran telewizora.

- O mój Boże! - krzyknęła cicho. Cat zerknęła na ekran. Nadawano jeden z nocnych programów. Redaktor, którego nie znała, rozmawiał z ciemnowłosym mężczyzną w dżinsach i stylowych, wysokich butach ze skóry aligatora.

- Kto to jest?

Adora przyciskała do piersi zmiętą chusteczkę.

- To Dillon. Dillon McKenna. Nastaw głośniej, proszę.

Cat nie poruszyła się. Adora wyskoczyła z łóżka, zrzuciła na podłogę zmięte poduszki i wyciągnęła spod nich pilota.

- A więc, Dillonie - dziennikarz podniósł do góry książkę z fotografią pogiętego motocykla na okładce i tytułem wypisanym ogromnymi literami: „Szatańskie wyzwanie”. - Opowiedz nam o książce, którą napisałeś.

Cat mruknęła z niedowierzaniem.

- Dajcie spokój. Dillon McKenna na pewno nie napisał książki. Tego mi nie wmówicie.

- Cicho - zasyczała Adora i pochyliła się ku ekranowi. - Boże, on jest wspaniały. Zupełnie nie widać, że miał taki straszny wypadek w Las Vegas. Wygląda tak samo jak przedtem.

Ciemnowłosy mężczyzna na ekranie zaczął mówić.

- No cóż, jeśli pan spojrzy na okładkę, to zobaczy pan, że ja tej książki nie napisałem. - Wskazał na szczupłego, poważnego mężczyznę, który siedział obok. -Napisał ją Oliver. To on jest pisarzem.

Oliver zaczął mówić:

- Ale historia jest prawdziwa. Taka, jak ją opowiedział Dillon. Od samego początku, od rodeo, przez lata, gdy pracował jako kaskader w filmie, aż do ostatniego wyzwania, które podjął. Opisany jest każdy skok, łącznie z tymi z ciężarówki na autostradzie Anaheim. No i oczywiście cała historia kończy się wypadkiem w Las Vegas, półtora roku temu.

Cat przyglądała się siostrze wpatrzonej w Dillona McKennę. Adora miała rozmarzony wyraz twarzy. Farley Underwood przestał się liczyć.

- Dillon stał się przystojniakiem, prawda, Cat? - zapytała.

Cat nawet nie spojrzała na mężczyznę występującego w programie. Adora i tak oczekiwała wyłącznie potwierdzenia, więc powiedziała:

- Rzeczywiście, masz rację. Prowadzący program pytał dalej:

- A co teraz, Dillonie McKenna?

- Muszę przyznać, że jeszcze nie wiem.

- Żartuje pan!

- Nie. Wiem tylko, że wszystko się zmieniło. Potrzebuję chwili spokoju, bym mógł się zastanowić nad tym, co będę robił przez resztę życia.

Cat przestała słuchać. Zajęła się zbieraniem chustek. W końcu jej siostra wyłączyła dźwięk i głęboko westchnęła.

- Och, Cat. Dobrze mu się powiodło, prawda? Zrobił karierę.

Trudno było temu zaprzeczyć. Cat uśmiechnęła się.

- Tak, istotnie.

- Słyszałaś, jak powiedział, że nie wie, jak żyć dalej? Że potrzebuje czasu, by wszystko przemyśleć?

Błękitne oczy Adory błyszczały z podekscytowania.

- Jak sądzisz, czy wróci do domu?

Cat nic nie sądziła. W jej przekonaniu nie było najmniejszego powodu, by taka sława jak Dillon McKenna chciała wracać do Red Dog City.

- No więc? - ponaglała Adora.

- Więc co?

- Myślisz, że może wrócić?

- Nie, nie myślę.

Adora zmarszczyła brwi. Oczekiwała innej odpowiedzi.

- Gdyby wrócił, wiedziałabyś o tym pierwsza, prawda? To ty opiekujesz się jego domem.

Cat podniosła z podłogi jeszcze parę chusteczek i wrzuciła je do kosza. Potem powiedziała spokojnie:

- Adoro, od kiedy powierzono mi pieczę nad tym domem, Dillon nie zjawił się ani razu. Wynajmuje go przez pośrednika i płaci mi za opiekę. To dla niego wyłącznie źródło dochodu.

- Wiem. Ale to ładny dom, więc jeśli chce mieć trochę czasu dla siebie, przemyśleć sprawy i ułożyć sobie na nowo życie, to jest to idealne miejsce, w którym mógłby się schronić.

Cat objęła ręce siostry i spojrzała jej prosto w oczy.

- Posłuchaj. - Przytuliła Adorę do siebie. - Zapomnij o Dillonie McKennie. Pomyśl o sobie. Czy już lepiej się czujesz?

Adora odsunęła się i zaczęła skubać chusteczkę.

- Pewnie chcesz wrócić do domu i iść spać?

- Skłamałabym, zaprzeczając. Ale jeśli chcesz, to zostanę.

- Nie. Widok Dillona mnie pokrzepił. Czuję się na tyle dobrze, że jakoś przetrwam tę noc.

- To dobrze.

Cat pochyliła się i pocałowała jaw policzek.

Adora zmusiła się do uśmiechu.

- Dziękuję. Cat wstała.

- Gdybyś mnie potrzebowała, będę w domu.

- Wiem.

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

Dillon McKenna wysiadł ze swojego land cruisera, ignorując tępy, pulsujący ból w okolicy sztucznego stawu biodrowego. Westchnął głęboko, wdychając chłodne, górskie powietrze. Na pobliskiej jodle zaświergotała sikorka.

Dom, przed którym stanął, wyglądał wspaniale. Z jednej strony cały drewniany, z drugiej przeszklony, tak więc nawet w najciemniejsze zimowe dni było w nim pełno światła. W pobliżu ktoś rąbał drzewo. Z boku, pod świerkiem, stał pickup. Zapewne samochód opiekującego się domem faceta. Dillon zamknął drzwiczki, podniósł kołnierz kurtki i ruszył w kierunku, skąd dobiegały odgłosy rąbania.

Śnieg skrzypiał mu pod nogami. Nie musiał iść zbyt daleko. Dostrzegł chłopaka po drugiej stronie pomostu, na niewielkiej przestrzeni płaskiego gruntu, niemal na krawędzi wąwozu. Był odwrócony plecami. Dillon przystanął i przyglądał mu się przez chwilę.

Chłopak wbijał siekierę w kloc drewna wyjątkowo sprawnie i rytmicznie, potem unosił go wysoko nad głową i opuszczał na pieniek. Dillon obserwował wdzięk i oszczędność ruchów oraz efektywność każdego uderzenia siekierą. Uśmiechnął się. Dziewiętnaście miesięcy temu nawet by nie spojrzał w tym kierunku. Lecz jak się połamie połowę kości, to w człowieku coś się zmienią. Zaczyna doceniać zwykłe, codzienne sprawy, w tym i przyglądanie się rąbiącemu drzewo na opał chłopakowi.

Pracownik chyba wyczuł, że jest obserwowany. Wbił siekierę w pieniek, wyprostował się i odwrócił.

Dillon od razu zauważył delikatne rysy i gładką, złocistą skórę. Minęła jednak chwila, zanim się zorientował, że ten chłopak ma również ładne piersi, rysujące się pod jego... to znaczy, jej czerwoną koszulą.

Zatkało go. To była dziewczyna! Ściągnęła robocze rękawice i przeczesała palcami rozwiane, krótko przystrzyżone włosy koloru zboża. Raźnym krokiem podeszła do Dillona.

Zobaczył z bliska jej szaroniebieskie oczy. Dokładnie w tym samym momencie, gdy z jej oczu wyczytał, że dziewczyna go rozpoznała, uświadomił sobie, kto to jest. Cat Beaudine, starsza siostra Adory.

Jak to dobrze wrócić do domu. Myśl ta przyszła mu do głowy zupełnie nieoczekiwanie. Przypomniał sobie, że Cat mu się śniła, ale zupełnie nie pamiętał, kiedy i w jakich okolicznościach.

- Dillon? Dillon McKenna? - W głosie Cat kryło się wyraźne niedowierzanie. Uśmiechnął się szeroko.

- Tak, to ja. Witaj, Cat.

Teraz ona wpatrywała się w Dillona. To zrozumiałe. Poza przypadkowymi migawkami w telewizji i zdjęciami w gazetach nie widziała go od szesnastu lat. Był tu ostatnio na pogrzebie swego ojca. Od tego dnia minęło sporo czasu. Musiała przyzwyczaić się do zmian, jakie w nim zaszły. Dillon też był zaskoczony jej widokiem.

Wyciągnął rękę. Przywitali się. Cat miała szorstką, stwardniałą od ciężkiej pracy dłoń. Przyjrzał się jej dokładnie. Zobaczył kropelki potu nad górną wargą i wilgotne kosmyki włosów przyklejone do skroni. Czuł emanujące od niej ciepło.

Ręka Cat, którą trzymał w dłoni, poruszyła się niespokojnie. Ściskał ją dłużej, niż to jest w zwyczaju. Niechętnie puścił szorstką dłoń.

- Jak się masz, Dillonie? - zapytała uprzejmie.

- Jestem już całkiem dorosły. Między brwiami Cat pojawiła się drobna, poprzeczna zmarszczka.

- Tak, widzę. - W głosie zabrzmiało zdenerwowanie. Natomiast Dillon świetnie się bawił. Cat wyglądała dokładnie tak, jak pamiętał. Z jednym wyjątkiem - wtedy, wiele lat temu, nie przyszło mu do głowy, że jest intrygującą kobietą.

- Tak więc - Cat z zakłopotaniem wciągnęła rękawiczkę, jakby chciała mu dać do zrozumienia, że wraca do rąbania drewna - to prawdziwa niespodzianka. Jak zatelefonowali z agencji i powiedzieli, żebym otworzyła i przygotowała dom, myślałam...

- Że to jakiś nowy lokator, jeden z wielu, którzy przewinęli się przez mój dom? Skinęła głową.

- Tak. Choć, prawdę mówiąc, powinnam była się spodziewać, że to ty. Słyszeliśmy, że potrzebujesz trochę czasu na przemyślenie pewnych spraw.

- Gdzie to słyszałaś?

Odwróciła wzrok, jakby nie chciała mu odpowiedzieć. Potem wzruszyła ramionami.

- Sam to powiedziałeś. W jednym z nocnych programów telewizyjnych, kilka tygodni temu.

Nie potrafił się powstrzymać od złośliwej uwagi.

- Zaskakujesz mnie. Oglądasz takie programy? Nigdy przecież nie należałaś do moich wielbicielek! Spojrzała mu prosto w oczy.

- W tej głuszy lubimy wiedzieć, co się dzieje z naszymi znajomymi, którzy zrobili karierę. Jeśli potrzebujesz spokoju, wybrałeś właściwe miejsce. Dziesięć kilometrów od Red Dog City, w środku zimy, to aż za wiele samotności.

Roześmiał się.

- Pamiętaj, że do Reno nie ma nawet siedemdziesięciu kilometrów. Oczywiście, gdyby samotność zbytnio zaczęła mi doskwierać.

- Przy dużych opadach śniegu te kilometry stają się bardzo długie i trudne do przebycia.

- Wiem. Wychowałem się tutaj. - Znów z niej Zakpił. - Czy starasz się mnie stąd pozbyć?

- Nie, oczywiście, że nie.

- To dobrze, bo zamierzam tu zostać. Przynajmniej na jakiś czas.

- Cóż, to twoja sprawa. Patrzyli na siebie.

Cat kaszlnęła.

- Słuchaj, na pewno chcesz odpocząć. Dom jest wysprzątany.

- Przez ciebie? Potrząsnęła głową.

- Ja nie sprzątam. Do tego celu agencja wynajmuje sprzątaczki. - Mówiła szybko. - Włączyłam ogrzewanie kilka godzin temu, więc powinno być już ciepło, jest też gorąca woda. Muszę narąbać jeszcze trochę drzewa, na wypadek gdybyś chciał napalić w piecu. Nie wiem, kto je dostarczał, ale większość polan jest za duża.

Dillon poczuł idiotyczną, nieodpartą ochotę, by podejść do wbitej w pieniek siekiery i samemu porąbać polana. Pokazać, że jest w nim równie dużo siły jak w Cat. Zaskoczył samego siebie. Miał nadzieję, że ostatnie miesiące wyleczyły go z pragnienia udowadniania męskości w drobnych sprawach.

Rąbanie z pewnością by mu zaszkodziło. Ciągle uczył się kontrolowania różnych szpilek, szyn i protez, które wstawiono mu tam, gdzie dawniej miał własne stawy.

- W każdym razie - ciągnęła Cat - wracam do roboty. Jak skończę, to przyniosę szczapy do domu i rozpalę ogień.

Dillon miał lepszy pomysł.

- Posłuchaj, na razie zapomnij o rąbaniu drzewa.

- Ale...

- Po prostu wnieś to, co narąbałaś, i rozpal ogień.

Będę wdzięczny za to.

- Dobrze, ja...

- A potem napijemy się piwa. Zastanowiła się nad jego propozycją i zaczęła protestować.

- Nie, naprawdę, ja...

Spojrzała mu prosto w oczy. Chciała potrząsnąć odmownie głową, ale nic z tego nie wyszło.

- No dobrze - mówiąc to, zaczerwieniła się, a uroczy rumieniec podkreślił jej opaleniznę.

- Wspaniale. - Dillon przeszedł obok i ruszył ku domowi, nim zdążyła zmienić zdanie. - W samochodzie mam kilka butelek piwa. Przyniosę je.

Słyszał, jak Cat usiłuje odmówić, ale nie zatrzymał się. Odszedł na tyle szybko, na ile pozwalały odtworzone biodra i zrekonstruowane lewe kolano.

Nim wstawił land cmi sera do garażu i dotarł do kuchni, Cat już stała obładowana drewnem przed oszklonymi drzwiami wychodzącymi na podest. Postawił torbę z jedzeniem oraz butelki na stole i szybko przeszedł przez ogromny salon, by ją wpuścić.

Cat wrzuciła drewno do skrzyni przy piecu, ściągnęła rękawiczki i wcisnęła do tylnej kieszeni spodni. Uklękła przed piecem, a Dillon wrócił do kuchni po piwo. Rozpakował torbę z jedzeniem. -

W salonie palił się ogień, a Cat dokładała drewna. Przez szybkę pieca widać było skaczące ogniki. Podał jej butelkę i wskazał kanapę oraz fotel.

- Usiądźmy.

Cat potrząsnęła głową, zerkając na starą koszulę i wytarte robocze spodnie koloru khaki.

- Kanapa jest beżowa. A ja dziś czołgałam się po podłodze w piwnicy, by sprawdzić wszystkie rury.

To nie miało specjalnego znaczenia, a strój był tylko wymówką. Cat nie chciała przebywać w jego towarzystwie.

Dillon nic nie powiedział. Podszedł do oszklonej ściany. Tuż za podestem świat znikał, zmieniając się w morze oproszonej śniegiem zieleni. W dali jaśniały góry, powoli niknące w popołudniowej mgle.

- Ależ tu jest pięknie. Nie mogę uwierzyć, że wreszcie wróciłem - powiedział.

Uniósł w górę butelkę i wypił łyk piwa.

...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • czarkowski.pev.pl